ŚPIEW O MIŁOŚCI (1995)

JOWITA FLANKOWSKA ROZMAWIA Z GRZEGORZEM CIECHOWSKIM

– Dzisiaj nie będzie “sądu nad twym sumieniem w gazecie dla panienek”.
– Dziękuję, ale z tego co pamiętam, to nie F. się tym zajmowała. Przodowały inne pisma.

– Czy praca aż tak potrafi skołować, że “w końcu sam nie wierze sobie, kim ja jestem, co ja robię?”
– Prasa żywi się różnymi historiami. A w sprawach rodzinnych zazwyczaj korzysta z relacji tylko jednej strony, l kiedy ja zachowywałem milczenie – mogło dojść do kompletnego skołowania. Z przykrością stwierdzam, że zawartość prawdy w tych artykułach była zerowa.

– No to znalazł pan swoją republikę marzeń.
– To wynika chyba raczej z dojrzewania wewnętrznego. W określonym wieku szuka się takiej harmonii. Teraz spokojnie pracuję nad dwiema płytami rocznie. Jedna jest zazwyczaj płytą Republiki, a druga – innego wykonawcy, którą sam produkuję. Teraz będzie to płyta Justyny Steczkowskiej.

– Kto rządzi w Republice?
– Wiadomo, że ja jestem szefem zespołu, prowadzę go, nadaję mu styl. Ale to jest zespół. Zespół skazany nie tylko na własne umiejętności, ale i na błędy. Kiedy pracuje się w zespole, nie można skorzystać z umiejętności innych muzyków. Ale za to o wiele łatwiej jest zdefiniować sposób grania. Zespół to mnóstwo pojęć jednocześnie, nie tylko muzycznych. To przyjaźń, bycie w drugiej rodzinie, którą musimy wszyscy szanować, w której lubimy być, bo w końcu spędzamy razem dużo czasu.

– Obywatel G.C. śpiewał, że “kocham” to umarłe słowo, a na nowej płycie to jest “mantra twa”.
– Nie ma reguł. W momencie, kiedy po raz pierwszy porzuci się słowo “kocham”, wydaje się, że ono jest kompletnie umarłe, ale potem rodzą się jakieś nadzieje i ono na szczęście powraca. A jeżeli wraca bardzo mocno, wtedy staje się mantrą.

– Wydaje się to proste, ale kiedy rodzą się takie nadzieje?
– Z nową miłością.

– Którą również bardzo łatwo jest zmarnować, zaprzepaścić, zgubić, zabić codziennością.
– Mam w tym pewne doświadczenie. Dlatego tym razem stosuję szeroko pojętą profilaktykę. A początkującym polecam stare buddyjskie przysłowie – traktować każdy dzień, jakby był dniem ostatnim w naszym życiu i przeżywać związek tak, jakby to była ostatnia możliwość bycia ze sobą.

– Od czego zacząć?
– Od szanowania każdej chwili, którą możemy spędzić z partnerem. l nie zmuszać się do tego, nie traktować jako swoistego wyroku życia. Naprawdę najważniejsza jest miłość i jej budowanie.

– Rzeczywiście, nowa ptyta jest jej petna. To już nie “Kombinat”, nie “Telefony”, nie “Paryż – Moskwa 17.15”.
– Podstawową funkcją piosenki zawsze byto śpiewanie o miłości bądź o jej końcu. To można robić na miliony sposobów.

– Nie ma już żelaznej kurtyny, PZPR. W sklepach obok octu i zielonego groszku na półkach stoją pędy bambusa, owoce morza i kawior. Te zmiany nie inspirują?
– To już w tej chwili nie jest takie proste do opisania. Kiedyś wszystko było czarno-białe.

– …Tak jak Republika…
– …l bardzo plastyczne w opisie. Podziały były tak wyraźnie zarysowane, że ich opis nie nastręczał żadnych trudności. Wręcz przeciwnie – opisywało się świat podzielony między “onych” i naszych. Dzisiaj jest to o wiele trudniejsze. Dlatego wiele osób straciło jakąkolwiek możliwość pisania. Mur, od którego się odbijali, przestał przecież istnieć, i najchętniej wybudowaliby następny, żeby móc napisać coś na ten temat.

– A pan czego potrzebuje?
– Prawdę mówiąc, wystarczy, kiedy znam dokładny termin, do którego muszę skończyć płytę.

– A osławiona wena twórcza?
– Pojawia się wtedy, kiedy daję jej szansę.